Polski Związek Jeździecki

Serwis używa cookies.
Możesz je zablokować.

Konie w Żubraczem....

Przypadek

 Wszystko przez przypadek. Spontaniczny pomysł na wakacje w siodle, wyszukiwarka internetowa, kolejne strony kolejnych ośrodków jeździeckich, agroturystyk, pensjonatów. Strony z których raz uciekałam szybciej, innym razem zatrzymywałam się na nich trochę dłużej. Żadnej jednak dziś nie pamiętam. Bo w końcu coś przerwało dalsze poszukiwania.
Dziś wydaje mi się to trochę śmieszne, ale wtedy moją uwagę przykuło zdanie: nie organizujemy "obozów młodzieżowych" dla panienek szukających towarzystwa i dyskotek. Do nas przyjeżdża się na konie.

Dziś wydaje mi się to śmieszne, bo dziś wiem, że większe znaczenie mają dla mnie inne zdania z tej samej strony, jak choćby: nie pamiętam który z mądrych trenerów napisał, że lonżowanie powinno trwać dotąd, aż jeździec będzie umiał porządnie siedzieć w każdym chodzie i miał stabilną rękę, wtedy dopiero można powierzyć mu wodze. To byłby ideał, niestety komercja ma swoje prawa i najczęściej daje się samodzielnie prowadzić konia już po kilku lonżach, lub nawet zupełnie bez.

Nie słowa są jednak w tym wszystkim naprawdę ważne…

Miejsce

382837a0.jpg

 
Droga od Cisnej wiedzie przez dwa zakręty, tory bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej w Majdanie, potem prosto, przez dwa mostki i w lewo ostro pod górkę. Tak trafiłam do gospodarstwa Państwa Kwiatkowskich w Żubraczem – wiosce, w której nie ma sklepu ani knajpy.
Są za to nieprzebrane ilości jagód, słodkich od słońca jeżyn, jest szumiący strumień o wdzięcznej nazwie Huczek, łąki, lasy i jak nazwa wskazuje są też Żubry! Sama podziwiałam je dwukrotnie z końskiego grzbietu.

Jest też pyszne domowe jedzenie gospodyni i bogactwo sypanych z rękawa gawęd i opowieści gospodarza. Są też (a może przede wszystkim) konie…

Konie

m3eddadda.jpg

 Konie w Żubraczem nawet pachną inaczej niż wszystkie inne, które do tej pory znałam, co spowodowane jest niewątpliwie różnorodnością ziół, którymi się żywią, wędrując po bieszczadzkich łąkach.
Wędrować mogą do woli, bo często się zdarza, że przemieszczają się w sposób lekko niekontrolowany i w bliżej nieokreślonym kierunku. Gdzie indziej dziś można wyruszyć na poranne poszukiwania stada i po pieszym pokonaniu kilku wzniesień zobaczyć wyłaniające się z opadających po nocy mgieł końskie grzbiety i szyje?! Chyba tylko oglądając filmy o dzikich mustangach.

 W każdym źródle wprost pisze się i mówi o ogromnym znaczeniu, jakie ma dla konia możliwość wolnego ruchu. Niestety coraz częściej z różnych przyczyn sprowadza się tę piękną ideę do karuzeli (bo tak jest przecież najbezpieczniej i nie trzeba hektarów łąk) albo w najlepszym przypadku do wybiegu wielkości boiska do siatkówki z błotnistym podłożem.
Nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji, dopóki nie poznałam koni z Żubraczego, bo to jakby zupełnie inne konie. W Warszawie i okolicznych stajniach, również wśród koni prywatnych i teoretycznie bardzo zadbanych, spotykałam w większości znudzone, zrezygnowane, narowiste, humorzaste. Myślałam, że tak po prostu jest zawsze.

Tymczasem w Bieszczadach poznałam wspaniałe stworzenia. Dopiero one – zrelaksowane, ufne, ciekawskie, jakby „wewnętrznie spokojne” uświadomiły mi jaką naprawdę można z koniem nawiązać więź. Z moich obserwacji wynika również, że „efektami ubocznymi” takiego „stylu życia” są też zdrowe kopyta, dobra kondycja i niesamowita chęć do galopu, również pod jeźdźcem. Wszystko to jednak jest możliwe tylko dzięki wspaniałemu człowiekowi, który tę stajnię prowadzi.

 Człowiek

 
Przypuszczam, że jest pewne grono osób, które czytając te słowa już wyrywają się do odpowiedzi i gotowe są zawłaszczyć tę historię, by głosić wyższość tak zwanego „naturala” nad tradycyjnymi metodami jazdy, hodowli, układania koni. Muszę to grono rozczarować.

Wyjątkowość Pana Tomasza Kwiatkowskiego polega na tym, że nie można go zakwalifikować do żadnej ze szkół, chyba że za kryterium przyjmiemy „zdrowy rozsądek”. Jego jeździeckie korzenie leżą w nauce od starej szkoły kawalerzystów i co często podkreśla, wiele wynalazków i budzących aktualnie niemal tłumną ekstazę „odkryć” to dla niego nic nowego. Koronnym przykładem jest tu „zajeżdżanie” młodych koni.
Kiedy w stajni pojawia się źrebak, bardzo szybko zaczyna chodzić w tereny luzem, za swoją mamą – obserwuje, że na innych koniach siedzą jeźdźcy i nic im z tego powodu nie zagraża. Dodatkowo często przychodzi się do niego w stajni, siada się na nim, gdy leży, dotyka się grzbietu, głaszcze, zaczyna się wymagać, by nie pchał się na człowieka.
Jaki jest tego efekt? Pewnego pięknego dnia na takiego konia po prostu się wsiada i jedzie na spacer z resztą, jakby nigdy nic. Bo w istocie właśnie nic się nie dzieje, koń nie doznał i nie doznaje od człowieka krzywdy, po prostu idzie na spacer jak setki razy wcześniej, tylko tym razem z „plecakiem”. Trzeba w tym miejscu dodać, że Pan Tomek potrafi też w sposób dla mnie jeszcze wciąż niepojęty zbudować sobie wśród stada niesamowity autorytet. Czasem wystarczy, że podniesie głos, i w jednej sekundzie kilkanaście jego czworonożnych podopiecznych staje na baczność. Bywa stanowczy i zawsze konsekwentnie egzekwuje to, czego chce, ale jak tłumaczy „bzdurą jest wyznawane w niektórych kręgach demonizowanie jakichkolwiek form karcenia koni. Te same środowiska wywodzą swoje teorie z naturalnych praw i zasad, jakie panują w stadzie i opierają metody na tym, by człowiek stał się takiego stada naturalnym przywódcą.

 Pytam więc i wydaje mi się to pytanie dość zasadne: jak koński przywódca stada ustawia sobie niepokorne jednostki? Kopniakiem, podgryzieniem, czy grzeczną prośbą?” Podobnymi zasadami zdrowego rozsądku kieruje się Pan Tomek jeżdżąc i ucząc jeździć innych. Tworzy jakby własną szkołę wybierając to, co „ma ręce i nogi” spośród teorii tradycyjnych i nowoczesnych wynalazków. Nie będę wspominać o technicznych umiejętnościach, bo dobrych i bardzo dobrych jeźdźców jest wielu, choć nie wszyscy potrafią w każdych warunkach poradzić sobie jak on bez siodła i ogłowia, również w skokach. Z pewnością wyjątkowość nauki na ujeżdżalni w Żubraczem polega na tym, że na pierwszej lekcji okazuje się, że wbrew własnym wyobrażeniom nic się nie potrafi – czasem nawet ruszyć z miejsca. Wynika to również ze specyfiki koni, które w przeciwieństwie do typowych „rekreantów” nie wiedzą, że najpierw chodzi się 15 minut dookoła stępem, potem trochę kłusuje, kółko galopu w każdą stronę i do stajni. Nie wystarczy też byle jaki sygnał, musi to być sygnał odpowiedni.
Znajdą się z pewnością osoby, którym taki perfekcjonizm szybko się znudzi, albo od początku nie spodoba, bo chcą byle jak, byle szybciej nie zważając m.in. na dobro konia. Bylejakości, pospolitości i pośpiechu w dzisiejszych czasach jest bardzo dużo gdzie indziej, niech szukają, a z pewnością znajdą. Dla mnie zdecydowanie cenniejsza jest chwila, w której choćby po lawinie porażek mniejszych i większych w końcu czuję, że coś naprawdę wyszło, choćby przez chwilę. Za to wszystko i jeszcze wiele wiele więcej pokochałam to magiczne miejsce i wracam do niego regularnie.

Życzę wszystkim koniarzom mniej i bardziej profesjonalnym, żeby mieli jak ja, swojego „Mistrza”, bo relacja ‘mistrz – uczeń”, spychana w dzisiejszych czasach na margines i niedoceniana daje olbrzymią frajdę i wiele korzyści – motywuje do rozwoju, uczy i wyprowadza na prostą, gdy się młody adept sztuki jeździeckiej trochę pogubi. Miałam również to szczęście, że tam, gdzie znalazłam swojego Mistrza, znalazłam też swoją „końską miłość”, ale o tym będzie może kiedy indziej.
8f955df0.jpg 



Autor tekstu i zdjęć 
Aleksandra Nowaczyk  m8e8b6950.jpg


 
Powered by Arfooo directory © 2007 - 2016    Generated in 0.062 Queries: 8    Kontakt    Newsletter Regulamin